RSS
wtorek, 27 sierpnia 2013
Test parapsychologiczny

Dzisiaj proponuję test. Testy psychologiczne są popularne, ponieważ dają nam złudzenie spojrzenia w głębię własnej osobowości. I potwierdzenie istnienia tejże osobowości.

Marysia jest osobą spokojną, lubi zwierzęta i interesuje się problemami społecznymi. Studiowała socjologię na Uniwersytecie Jagiellońskim.  Na podstawie tych informacji wybierz najbardziej prawdopodobny wariant z poniższych odpowiedzi:

a. Marysia jest bibliotekarką.

b. Marysia jest bibliotekarką i udziela się w Towarzystwie opieki nad Zwierzętami

c. Marysia pracuje w instytucji finansowej.

 

Komentarz do testu w następnym wpisie, na razie proszę zapamiętać swoją odpowiedź. Test zaczerpnąłem z "Psychologii inwestowania" Nofsingera i odrobinę go zmodyfikowałem dostosowując do polskich realiów. 

Tagi: test
14:14, lonegunman
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 sierpnia 2013
Ni z tego ni z owego...

...postanowiłem wrócić do bloga.

 

 

Na początek klasyczny film "Did you spot the gorilla",  

 

 

 

a później z twistem na zakończenie.

 

czwartek, 13 września 2012
IPhone 5 - koniec sezonu na jabłka?

Ziew, ziew, ziew - tak zapewne posiadacze słuchawek z Androidem zareagowali na nowego iPhona. Tradycyjny wielki hype (łącznie z nadziejami na przyśpieszenie wzrostu amerykańskiego PKB dzięki sprzedaży nowego i-wysysacza kasy), kończący się (po raz kolejny) lekkim zażenowaniem i nadziejami, że następnym razem to już na pewno będzie przełom.

Należę do (zapewne sporej) grupy osób, które budzą się w nocy i pytają same siebie: Why, why?! Dlaczego nie kupiłem akcji Apple, kiedy chodziły jeszcze po 100 dolarów?! Na szczęście szybko zaczynają działać psychologiczne mechanizmy obrony wysokiej samooceny i odpowiadam sobie: ponieważ Apple jest wydmuszką. Problem z tą wydmuszką polega jedynie na tym, że nie chce pęknąć.

Parę z jabłkowego balonika powinna spuścić śmierć Jobsa, bo w końcu był on najwyższym kapłanem i-kultu, a tymczasem wkrótce potem rynkowa wycena Appla przekroczyła wartość  rocznego PKB Polski.  Wypuszczenie na rynek iPhona 4s, który dobitnie pokazywał, że firmie kończą się pomysły również nie okazało się gwoździem do jej trumny. Wygrana z Samsungiem, dzięki której uzyskaliśmy potwierdzenie, że Apple jest wynalazcą zaokrąglonego prostokąta, pozostawiła już jednak nie tylko niesmak*, ale może była także początkiem końca. Wielu Amerykanów dzięki temu procesowi dowiedziało się, że istnieją inne telefony poza iPhonami, wyglądające podobnie, a kosztujące mniej. Ostatnia, jak zwykle w przypadku Appla, nadmuchana premiera, przyniosła rozczarowanie, które nigdy wcześniej nie było tak powszechnie ujawniane. IPhone 5 już nie wyznacza nowych trendów, ale goni Galaxy S III i przegrywa ceną (przynajmniej wersja 32Gb).

Przewaga rynkowa Apple opierała się nie na innowacyjności technologicznej (Apple ma prawa do ok. 20 tysięcy patentów, Samsung do 60 tysięcy), ale na dizajnie, ergonomii, ekosystemie (Apple Store, iTunes), żelaznej logistyce i świetnym PR. Google/Android et consortes są jednak coraz lepsi w kopiowaniu tych rozwiązań, a na niektórych polach zdobywają przewagę. Ekosystem Androida jest także znacznie bardziej otwarty. Oznacza to, że łatwiej złapać w nim wirusa lub zawiesić telefon, czy tablet (dobrym przykładem jest niedawna, niesławna aktualizacja telefonów Ery do systemu ICS), trudniej napisać do niego apkę (z powodu segmentacji platform sprzętowych) i jeszcze trudniej na niej zarobić (z powodu łatwości piratowania). Tę historię już jednak znamy. Jak w "Battlestar Galactica", tą wojna już się toczyła. Po jednej stronie, tak jak dzisiaj, stał w niej Apple, po drugiej PC-ty i raczkujący Windows. Stawiam cider przeciwko jabłkom, że Apple znowu przegra i zostanie zapędzone do swojej niszy, gdzie stanie się obiektem kultu fanatycznych, ale ograniczonych liczebnie fanboyów.

I może wycena jego akcji wróci jeszcze do 100 dolarów?

 

ps. Wystąpienie przez Apple z pozwem przeciwko  właścicielom witryny A.pl, wskazuje na wysoki stopień paranoi panującej w tej firmie.

12:26, lonegunman
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
To ja jeszcze o Amber Gold

Troche spóżniony (jak zwykle) też chciałem zabrać głos w sprawie AG. Przede wszystkim z zazdrości, bo wyszarpać od Polaków 50, a może 80, a może miliard złotych, to jednak nie byle co, szczególnie, jeżeli działalność utrudniają 3, 5, a może 7 spraw sądowych. Zwykle ktoś, kto ma bardzo elastyczny kręgosłup moralny, zajmuje się wyrywaniem torebek staruszkom w parku. Prezes P. postanowił jednak nie iść na łatwiznę i przekonać staruszki, żeby same się do niego zgłosiły. Pomijąc kwestie etyczne, normalny czlowiek, oprócz strachu przed wpadką, odczuwałby pewne zażenowanie sprzedając ludziom Inflanty. Zupełnie niesłusznie. Otóż, cały cymes piramid finansowych polega na kierowaniu oferty do ludzi, którzy rozumu używają oszczędnie. Na przykład spamerzy z Nigerii nie starają się, aby ich historie o wdowach po nigeryjskich generałach, które chcą się podzielić swoim majątkiem z przypadkowo poznanym przez internet człowiekiem, brzmiały wiarygodnie. Wprost przeciwnie. Dzięki spiętrzeniu nieprawodpodobieństw, szybko odsiewają osoby, które mają jakikolwiek kontakt z rzeczywistością, fokusując się od razu  na grupie docelowej "chciwych i naiwnych". Jest to bardzo skuteczna taktyka, którą twórczo rozwinął prezes P. Amber Gold inwestował w złoto, nie wnikając w szczegoły, czy chodzi o sztabki złota, kontrakty terminowe, kopalnie złota, złote monety, czy złote myśli. Samo brzmienie slowa "złoto" wyłączało myślenie klientów, którzy nie podnosili dosyć jednak podstawowej kwestii: co się stanie, jeżeli ceny złota zaczną spadać?  

Załóżmy przez chwile, że polskie państwo nie zbankrutuje. Za pozbawione ryzyka możemy zatem uznać krótkoterminowe papiery skarbowe oprocentowane na 4,5-5%. Wszystko co daje większy zysk obarczone jest ryzykiem. Załóżmy dalej, że akcje dają średnioroczny zwrot na poziomie 11%. Wszystko, co daje wyższy- potencjalny - zysk jest zatem bardziej ryzykowne od akcji. Nie ma potrzeby wchodzenia w finansowe szczegóły, obecnie nikt nie jest w stanie ZAGWARANTOWAĆ zysku wyższego niż oprocentowanie papierów skarbowych. Jest to tak samo niemożliwe, jak  jak nagła przerwa w działaniu grawitacji. To oczywiście nie znaczy, że taki -12 czy 16%- roczny zysk jest niemożliwy do osiągnięcia. Od czasu do czasu.

Podejrzewam, że Amber Gold nie był typową piramidą finansową i być może część wpłat klientów rzeczywiście była inwestowana w złoto. Jeżeli w danym roku, cena złota wzrosła o 25%, to AB wypłacał 16% i jeszcze miał zapas na rok następny. Oczywiście, taka strategia musiała się ostatecznie posypać,jak każda piramida, ale gdyby nie niedawne oprzytomnienie inwestorow na rynku złota,  "złote" lata AB mogły jeszcze  potrwać. Takie założenie przyciągało do AG drugą kategorię inwestorów - hazardzistów. Całkiem niedawno dowiedziałem się, że istnieją mroczne zakamarki internetu, gdzie inwestuje się w tzw. HYIP (high yield investment products). HYIPy, to zwykłe piramidy finansowe, niespecjalnie nawet ukrywające swój charakter (jeden z HYIPów "budował" np. sieć hoteli turystycznych w Rumunii, przy czym w celach reklamowych posługiwał się z lekka sphotoshopowanymi zdjęciami hoteli z Austrii). Gra w HYIP polega na inwestowaniu we wczesnym okresie rozwoju piramidy, aby wycofać pieniądze jeszcze przed jej runięciem. Podejrzewam, ze kasy z tego dużej nie ma, ale za to na pewno mnóstwo fun'u.

Czym jest Amber Gold i kim jest prezes P. wiedziano w internecie na długo przed upadkiem AG. Nie powstrzymywało to hyipowców przed wkładaniem tam pieniędzy. Pokrzykiwania "gdzie było państwo i dlaczego nas nie ostrzegło?!" uważam w tej sytuacji za mocno teatralne. 

Wracając do prezesa P., rozegrał całą sprawę po mistrzowsku, chociaż może zbyt histerycznie.  Prezes uczy się jednak tak szybko, że kto wie, może za 10 lat założy już dochodowy, uczciwy biznes?  

 

15:08, lonegunman
Link Komentarze (3) »
wtorek, 17 lipca 2012
Ile kosztuje globalne ocieplenie?

I stało się. W końcu sprowokowaliśmy gniew Ziemi. Swoimi samochodami, grzejnikami, bzdurymi zapytaniami do Googla (2,26 miliarda zużytych kilowatogodzin w 2010 roku), krowami, poletkami ryżowymi, elektrycznymi szczoteczkami do zębów i durnym uporem Chińczyków i Polaków przed ograniczeniem spalania węgla. Burze, huragany, katastrofalne susze i równie katastrofalne powodzie. Chyba nikt już nie zaprzeczy faktowi globalnego ocieplenia i nie podważy konieczności szybkich i radykalnych działań mających zapobiec dalszym zmianom. No coż, tacy głupcy jednak nadal istnieją. Powołują się oni na absurdalne i przypadkowe dane pokazujące, iż w pierwszych 6 miesiacach 2012 roku wystapiło wyjątkowo mało katastrof naturalnych. Dziesięcioletnia średnia strat spowodowowanych tego typu katastrofami dla pierwszej połowy roku wynosi 76 mld dolarów i jest trzykrotnie wyższa od strat zanotowanych w tym roku. Co więcej, na skutek kataklizmów zginęło do końca czerwca 3,5 tysiąca osób, podczas gdy średnia to 53 tysiące(1). Oczywiście, dane za drugą połowę roku mogą być już całkowicie różne. W dodatku na powyższe wyliczenia ma wpływ efekt wysokiej bazy z 2011 roku, kiedy to tragiczne i kosztowne trzesienia ziemi nawiedziły Japonię i Nową Zelandię. Niemniej, błąd perspektywy nie powinien przesłaniać faktów. Liczba ofiar katastrof naturalnych związanych bezpośrednio z pogodą zmniejszyła się od lat dwudziestych ubiegłego wieku o 99% - z 242 na milion do trzech na milion w 2000 roku.

Globalne ocieplenie prawdopodobnie rzeczywiście postępuje. Być może  odpowiedzialna jest za to bezmyślna działalność człowieka. Co jednak powinniśmy z tym zrobić jest zupełnie inną kwestią. Jedna z podstawowych prawd ekonomii, a także pewnie jedną z podstawowych prawd życiowych w ogóle, jest to że nie można zjeść ciastka i mieć ciastka. Nie możemy drastycznie organiczyć zużywania zasobów naturalnych bez ograniczania wzrostu dobrobytu. Kształt poniższej krzywej zawdzięczamy w dużej mierze węglowi (2). Odejście od niego - nieuchronne w pespektywie 50-100 lat, dramatyczne w skutkach w krótszym terminie, oznacza gwałtowne zwolenienie wzrosty globalnego GDP, szczególnie w krajach rozwijających się.

 

Co z tego jednak, gdy wzrost dochodu narodowego nie oznacza wzrostu poczucia szczęścia (badaniach pokazują coś innego - istnieje statystyczna zależność pomiędzy GDP a poziomem szczęścia, ale o tym przy innej okazji), a skutki zmian klimatycznych także w największym stopniu będą odczuwane przez biednych?

Cóż, przede wszystkim wzrost zamożności jest bardzo skutecznym mechanizmem antykoncepcyjnym. Wzrost dochodu narodowego prowadzi zazwyczaj do spadku dzietności, tym samym zmniejszając presję demograficzną na środowisko. Co ważniejsze jednak, istnieje także zależność pomiędzy poziomem dochodu narodowego na głowę mieszkańca, a śmiertelnością w wyniku  katastrof naturalnych. W 2007 roku huragan Dean, ktory uderzyl w Jukatan nie zabił nikogo. Huragan o takiej samej sile w Birmie spowodował śmierć 200 000 ludzi. Jeżeli pozwolimy birmańczykom swobodnie się rozwijać, to ok. roku 2100 będą już w stanie skutecznie zabezpieczyć się przed skutkami katastrof. Jeżeli ograniczymy tempo ich rozwoju (np. podnosząc raptownie ceny nośników energii lub organiczając tempo globalnego rozwoju), to nie tylko ograniczymy im dostęp do coca-coli i 50 rodzajów proszków do prania, ale także nie pozwolimy na znaczące zmniejszenie liczby ofiar katastrof naturalnych (nie mówiąc już od możliwości ubezpieczania się od ich następstw).  

  

1. Parkiet,  Rekordowo mało katastrof, 17 lipca 2012

2. Ridley, M. The Rational Optmist, London 2011 (do tej książki będę jeszcze kilka razy wracał w najbliższym czasie)

12:30, lonegunman
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 czerwca 2012
Schicklgruber vs. Hitler

Nieco przerażająca jest konsekwencja z jaką los dbał o to, by Adolf Hitler doszedł do władzy. Jeżeli szukać w historii dowodu na spisek mrocznych sił o nieograniczonych możliwościach, to życiorys Hitlera byłby wdzięcznym obiektem badań. Przy innej okazji pisałem o niezwykłych zbiegach okoliczności, które pozwalały Furherowi ujść z życiem z zamachów, które nie miały prawa się nie udać.

Być może jeszcze bardziej niezwykły zbieg okoliczności związany jest nazwiskiem Hitler i miał miejsce 13 lat przed jego narodzinami. W 30 lat po śmierci  Marii Anny Schicklgruber (babki Adolfa), Johann Nepomuk Hüttler zaświadczył, iz Alois Schicklgruber  (ojciec Hitlera), wówczas już dobiegający 40tki,  jest synem  jego zmarłego brata, a męża Marii,  Johanna Georga Hiedlera (za którego Maria wyszła za mąż pięć lat po urodzeniu Aloisa). Tak, to rzeczywiście trochę skomplikowana historia, w której występują dwie różne pisownie tego samego nazwiska, a żadna nie przypomina nazwiska Hitler. Warto także wspomnieć, że dla jej zaciemnienia, po dołączeniu Austrii do Rzeszy, Adolf Hitler zadbał o to, by w swojej rodzinnej parafii przeprowadzić ćwiczebny ostrzał artyleryjski, dzięki któremu wiekszość ksiąg parafialnych spłonęła.

W każdym razie zeznania Nepomuka zaowocowały zmiana nazwiska Aloisa Schicklgrubera na Aloisa Hitlera (przy okazji proboszcz zaproponował nową, autorską interpretację pisowni tego nazwiska).

Rzecz w tym, iż z nazwiskiem Schicklgruber, Adolf miał małe szanse na rozkochanie w sobie Niemców. Takie nazwisko nie nadawało się ani do skandowania ani do oddawania hołdów. Blitzkrieg byłby niemozliwy, gdyby dowódcy Wehrmahtu musieli sie witać pozdrowieniem "Heil Schicklgruber" zamiast krótkiego "Heil Hitler" (co ciekawe, zarówno "Heil Hüttler" , jak i "Heil Hiedler" brzmiałoby zdecydowanie gorzej). Nie jest to może kwestia, od której zależał wybuch Wojny Światowej (Adolf Schicklgruber mógł przecież skorzystać z doświadczeń swojego sowieckiego kolegi i wymyśleć sobie, jakiś dobrze brzmiący pseudonim), ale trudno zaprzeczyć, iż dobra wola Nepomuka Hüttlera i pomyłka proboszcza zdecydowanie pomogły politycznej karierze Adolfa.

 

11:41, lonegunman
Link Komentarze (4) »
czwartek, 22 marca 2012
Seks, poród i ekonomia

Dobry tytuł, nie? Niestety, niewiele ma wspólnego  z dalszą częścią wpisu. No, trochę ma. Otóż Pan Paul Zak uprawiający dyscyplinę, o której mało kto  słyszał - mianowicie neuroekonomię - twierdzi, iż oksytocyna, hormon uwalniający się podczas seksu i w czasie porodu (i służący budowaniu więzi pomiędzy partnerami lub pomiędzy matką i dzieckiem) ma także szersze znaczenie w budowaniu więzi i zaufania  pomiędzy ludźmi w ogóle. Paul Zak przeprowadził prosty eksperyment polegający na badaniu wydzielania się oksytocyny, w sytuacji gdy ktoś nieznajomy  przesyła nam pieniądze przez internet. W takiej sytuacji (ktoś nam zaufał!) zwiększa się poziom oksytocyny w mózgu, a ponieważ jest to hormon nagrody (dobrze mieć wysoki poziom oksytocyny), w naturalny sposób dążymy do zachowań zwiększających poziom zaufania do nas. Jednocześnie oksytocyna wspiera chęć odwzajemnienia się.

Efekt zwiększonego wydzielania oksytocyny możemy osiągnąć także  poprzez zwykłego niedżwiedzia. Wystarczy kogoś przytulić, żeby zwiększyć u niego poziom oksytocyny, a tym samym zacząć budować z nim więź emocjonalną. Jeżeli jestem godny zaufania, ale i mam duże zaufanie do innych, rosną moje szanse na akceptację w grupie.   

W oczywisty sposób rodzi się jednak pytanie: czy scamersi z Nigerii  pływają w oceanie oksytocyny?

15:31, lonegunman
Link Komentarze (6) »
piątek, 02 marca 2012
Matrix restarted

Dowód na to, iż świat jest jedynie komputerową symulacją idzie jakoś tak: spośród wielu cywilizacji, które rozwinęły się w realnym świecie niektóre osiagnęły poziom pozwalający im na przeprowadzenie nieskończonej (niewyobrażalnie wielkiej) liczby cyfrowych symulacji rozwoju własnej lub innych cywilizacji (potrzebny jest do tego komputer raptem wielkości Księżyca, sami jesteśmy od tego punktu oddaleni o jakieś 200-300 lat). Spośród zasymulowanych cywilizacji niektóre osiągnęły poziom mocy obliczeniowej pozwalający im samym na uruchomienie kolejnych symulacji (babuszka w babuszce). Wynika z tego, iż liczba zasymulowanych cywilizacji jest o kilka rzędów wielkości wyższa od liczby "realnych" cywilizacji. Z rachunku prawdopodobieństwa wynika zatem, że żyjemy w symulacji. Dowód ten jest niefalsyfikowalny, ale też trudny do podważenia na gruncie logiki. Wszelkie zastrzeżenia do niego albo przegrywają w starciu z prawodpodobieństwem (jesteśmy jedyną cywilizacją, jaka istniała i istnieje we wszechświecie)   albo mają charakter mistyczny (istnieje kosmiczne prawo etyczne nie pozwalające na cyfrowe symulowanie innych cywilizacji). Czy bycie rzędem zer i jedynek (czy jakiegokolwiek innego kodu używają twórcy tych Simów), a nie rzędem poupychanych aminokwasów ma jakieś istotne znaczenie? Pewnie część postaci występujących w symulacji może być oskryptowana (nieautonomiczna) - ale i tak można się było tego wcześniej domyślić. Pozostaje natomiast pytanie, czy nasi twórcy mają jakieś plany dotyczące czasu trwania symulacji. Najsłynniejszy (co nie jest aż tak wielkim osiągnięciem, jeżeli spojrzeć na konkurencję) polski rumpolog (wróż czytający z pośladków) twierdzi, iż dołeczki na zadnich częściach ciała u pań świadczą o nieuchronnie zbliżającym się końcu świata (takie informacje można wyczytać na internetowym portalu Agory). Jeżeli ktoś potrzebował namacalnego dowodu, że żyjemy w symulacji, to fakt istnienia rumpologa chyba ostatecznie rozwiał jego wątpliwości.   

piątek, 30 grudnia 2011
Demokracja potrzebuje ludzi bez poglądów

Właściwie tytuł streszcza całą historię. Demokracja, aby funkcjonować potrzebuje ludzi bez sprecyzowanych poglądów, gotowych pójść za większością. Wyglada to troche na tautologię (skąd się bierze wiekszość? Z ludzi podążających za poglądami, które uważają za słuszne), wiec prześledźmy tę kwestię na przykładzie ryb (z pewnych względów są one bliskie mojemu sercu).

Iain Cousin, pracujący na Princeton University, bada problemy demokracji korzystając z pomocy wzdręg (zwanych również krasnopiórkami). Ryby te, w naturalnych warunkach, są przyciągane przez kolor żółty. Cousin podzielił stadko wzdręg na mniejszą grupę, w ktorej wzmacniał warunkowanie na kolor żołty i większą, którą nauczył wybierać kolor niebieski. Kiedy dwie grupy zostały połączone, "żółta" mniejszość, u której naturalne skłonności zostały wzmocnione szkoleniem ("fanatycy"), szybko zdobyła przewagę nad "niebieską" większością ("osobniki o umiarkowanych pogladach"). Kiedy jednak dodano trzecią grupę - instynktownie prożółtą, ale nie szkoloną w wyborze tego koloru, do głosu znowu doszła "niebieska" większość.  Trzecia grupa była indyferentna i podążała za większością, niezależnie od podszeptów instynktu.

Cousin przeszedł od ryb do symulacji komputerowych ludzkiego zachowania. Potwierdziły one, iż przy braku "grupy bez poglądów", mniejszość o dużej motywacji  może zdobyć przewagę nad wiekszością, która nie jest tak zdeterminowana w obronie swoich poglądów. Dopiero "ignoranci" przywracają równowagę pozwalając odzyskać władzę większości. Co ciekawe, zasada ta działa dopiero przy odpowiednich proporacjach "ignorantów" i "ludzi z poglądami".

Apele o bycie bardziej świadomym wyborcą mogą zatem prowadzić do zwycięstw niewielkich, ale oddanych własnej sprawie, grup interesów. Zbyt wielu świadomych wyborców, to także groźba anarchia wynikająca z niemożności uzyskania przewagi przez którąkolwiek z grup. Nic zatem tak dobrze nie służy demokracji, jak "Taniec z gwiazdami". 

(za Miller-McCune.com)

10:09, lonegunman
Link Komentarze (1) »
środa, 28 grudnia 2011
Monsanto - the big, bad wolf

Monsanto to matka wszystkich WIELKICH, ZŁYCH korporacji. Nie tylko sprzedaje modyfikowane genetycznie rośliny, ale także posiada na nie patenty, skazujące rolników na coroczny zakup nowego ziarna. Zakaz wysiewu ziarna uzyskanego ze zbiorów (co uważane jest przez Monsanto za łamanie praw patentowych) w naturalny sposób budzi odrazę wynikająca z łamania odwiecznych praw natury, według których rolnik powinien móc sam się wyżywić.

Należy w tym miejscu wspomnieć również o tym, że Monsanto i finansowane przez tę korporację badania umożliwiły także produkcję żywności w ilości wystarczającej do podtrzymania egzystencji 7 miliardów ludzi na Ziemi. 

Wprowadzając na rynek 15 lat temu modyfikowaną genetycznie kukurydzę, Monsanto skorzystało z genów bakterii Bacillus thuringiensis (w skrócie BT, przez co cała linia GMO kukurydzy uzyskała nazwę BT corn), produkującej zabójczą dla owadów toksynę.  Wprowadzając odpowiednie geny do kukurydzy, uzyskujemy roślinę produkującą własny insektocyd. Zabójczo eleganckie. 

Problemem jest jednak w takim wypadku możliwość wyprodukowania na drodze selekcji superrobala, odpornego na działanie toksyny. Nauka jednak zawsze znajdzie odpowiedź. Rowiązaniem było nakazanie farmerom uprawiającym kukurydzę (oraz bawełnę), aby oprócz zmodyfikowanych roślin uprawiali również "naturalne". W ten sposób owady odporne na BT NIE KRZYŻOWAŁYBY się wsobnie. Insekty żyjące wśród "naturalnej" kukurydzy nie posiadałyby genów odporności na toksynę, więc w wyniku krzyżówki z opornymi robalami, powstawałoby pokolenie w większości wrażliwe na produkty genów BT.  Co zadziwiające, metoda ta zadziałała.

Wtedy jednak Monsanto wypuściło  na rynek nową odmianę kukurydzy GMO, produkująca nieco mniej zabójczą dla owadów toksynę (dającą większe szanse na przeżycie dostatecznie dużej populacji mniej wrażliwych na jej działanie owadów). Według naukowców wprowadzenie tej odmiany oznaczało konieczność przeznaczenia przynajmniej 50% upraw pod "naturalne" zasiewy.  Pod wpływem połączonych sił lobbingowych Monsanto i rolników, Environmental Protection Agency zgodziła się, aby tylko 20 procent upraw stanowiły rośliny niemodyfikowane.

Oczywiście doszło do sytuacji, która znamy z każdego amerykańskiego filmu katastroficznego. Wielka, zła korporacja zaślepiona pogonią za zyskami lekceważy przestrogi naukowców, doprowadzajac ostacznie do  Armageddonu. Powstała populacja owadów o znacznie zwiększonej odporności na działanie toksyny. Monsanto zareagowało błyskawicznie, wprowadzając nową odmianę kukurydzy Smart Stax, która powinna być zabójcza także dla tych robali, które wyksztalciły oporność na dotychczasową truciznę. Wszyscy wiemy do czego prowadzi taki wyścig zbrojeń - do powstania 2-metrowych owadów żywiących się mózgami.

Na razie Natura kontra Monsanto 1:0. Jakoś mnie to cieszy, pomimo świadomości, iż bez GMO jesteśmy w najlepszym wypadku skazani na pdwyżki cen żywności, a w trochę gorszym, na konieczność żywienia się wyłącznie superrobalami.

 (za NPR Food Blog)  

11:54, lonegunman
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3